Jantarowa Saga - hodowla dogów niemieckich

Historia hodowli



Dogi od zawsze były naszą pasją, uwielbiamy ich charakter i dostojność rasy. Traktujemy nasze psy jak członków rodziny, przebywają z nami cały czas, uczestniczą w codziennych czynnościach. Od dawna chciałam napisać parę słów na temat naszej hodowli jednak dopiero w momencie kiedy zasiadłam przed pustą kartka papieru poczułam jakim trudnym jest to zadaniem. Tekst, który możecie przeczytać niżej jest dosyć długi, przypuszczam, że miejscami może być dla niektórych nudny, ale wyszedł od serca dogarza i przeznaczony jest dla dogarzy i teraźniejszych i również tych przyszłych. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej na temat genezy Jantarowej Sagi, zapraszam do lektury!

Jantarowa Saga

W celu łatwiejszego połączenia faktów zaznaczę na początek bardzo ważną rzecz – można powiedzieć, że hodowla ma dwie siedziby – jedna to mała miejscowość 60 km od Krakowa, Kopacze Wielkie gdzie mieszkają psy i prawowita właścicielka hodowli, czyli moja mama Ewa Baran. Druga to Kraków, gdzie mieszkam ja. Kraków pełni role naszego „centrum logistycznego”;) - jest to głownie nasza baza wypadowa na wystawy jak i również pełni rolę bazy związanej z innymi sprawami związanymi stricte z hodowlą. Ze względu na zawirowania życiowe na razie nie mamy możliwości połączenia siedzib, jednak moim marzeniem jest żeby mieszkać razem. Przejdźmy jednak do rzeczy.


Jantarowa Saga

Pierwszy raz o dogu niemieckim usłyszałam oczywiście od mojej mamy, która w czasie lektury "W pustyni i w puszczy"; opowiedziała mi o tym, że w wieku młodzieńczym posiadała doga. Z jej opowieści zapamiętałam tyle, że żył bardzo długo w czasach kiedy dla ludzi jeszcze niezrozumiałe było, że pies wychodzi ze sklepu z bagietką w pysku:) Bet, bo o nim mowa (czyli ARLES z Grodu Subisława) przetrwał w mojej pamięci główwnie przez historię w której wylatywał z impetem z klatki schodowej i wpadał na panią niosącą arbuza (można się domyślić reakcji pani i reakcji arbuza) oraz opowieścią jak podróżując z moim dziadkiem nie zdążył wsiąść do tramwaju. Dziadek dopiero po kilku przystankach zorientował się, że kogoś brakuje i po powrocie na przystanek początkowy zastał na nim czekającego cierpliwie poczciwego Beta. Już wtedy moje wyobrażenie o tych psach było niemal mityczne.

ARLES z Grodu Subisława

Bet żył 12 lat. Rok jego śmierci pokrył się z rokiem moich narodzin. Posiadanie dziecka i związane z tym obowiązki sprawiły, że na długi czas moja mama porzuciła myśl o posiadaniu kolejnego doga... Kiedy już wyrosłam z wieku szczenięcego temat dogów powrócił w naszym domu. Mieszkałyśmy wtedy w jednej z krakowskich kamienic i nie do końca byłyśmy przekonane czy dog niemiecki to na pewno dobry pomysł. Byłyśmy jak najbardziej w błędzie. Decyzja była bardzo spontaniczna. Znalazłyśmy ogłoszenie w gazecie o czarnym, dorosłym dogu na sprzedaż, wystarczyło wsiąść w samochód. Dodam w tym momencie, że do tej pory moja jedyna styczność z dogami była stycznością wirtualną, widziałam je na zdjęciach, w telewizji, nigdy na żywo. Kiedy przyjechałyśmy na miejsce zamarłam z przerażenia biegł w moim kierunku gigantyczny, czarny pies, który miał stać się moją własnością. ""Jak to?" - myślałam,"nie dosyć, że to jest takie wielkie, w dodatku czarne""; (co potęgowało wrażenie wielkości;)), "to jeszcze dwa lata żyło z innymi ludźmi i nie wiadomo czego można się po takim przerażającym psie spodziewać!";) I w tym momencie moje wyobrażenia o dogach połączone z informacjami o agresji u psów podsycanej regularnie w mediach zostały zweryfikowane z rzeczywistością. Tchibo, bo tak miał nasz imię nasz pierwszy dog, okazał się być aniołem. Pamiętam jak pierwszy raz wpadł do naszej kuchni i odkryłam że sięgał głową na wszystkie półki i ochoczo sprawdzał co się na nich znajduje.... Tchibo był ideałem doga pod względem charakteru ; niezwykle czuły i delikatny, bezkreśnie oddany... Popełniłyśmy jednak jeden błąd, o którym zbyt boleśnie i szybko się przekonałyśmy. Tchibo nie miał rodowodu i w bardzo krótkim czasie wyszły na jaw jego problemy zdrowotne. Jedna operacja, druga, Tchibo nie da rady wejść sam na drugie piętro w kamienicy, Tchibo strasznie cierpi, żaden lekarz nie wie co można jeszcze zrobić...


TCHIBO

Oprócz bólu pozostała nam na przyszłość nauczka - nigdy więcej nie kupujemy doga z niesprawdzonego źródła, nigdy więcej nie kupimy psa bez rodowodu! Kilka dni po śmierci Tchibo znajomy mamy widząc naszą rozpacz podjął szybką decyzję - kupimy doga z rodowodem. Traf chciał, że w krakowskim Dzienniku jedyne ogłoszenie o dogach dotyczyło hodowli Hałaburda i tak oto trafiłyśmy do hodowli Maryli Kołodziej. Weszliśmy do mieszkania Maryli i wtedy pierwszy raz na żywo zobaczyłam dogi żółte i pręgowane i...zakochałam się w nich! Przywitał mnie Dima czyli DIMITRI Moloseum i Whisky czyli QUO VADIS QUELLE Volarius. A w odgrodzonej kuchni radośnie skakało kilka żółtych i pręgowanych szczeniąt...Nigdy bym nie przypuszczała, że pierwsze szczenię, które do mnie podbiegnie to będzie nasza HERA, nasza nestorka rodu, która da początek mojej pasji i bezgranicznej miłości do tej rasy psów. HERA miała wyjątkowy charakter, była ogromną indywidualistką, która okazywała miłość tylko kiedy sama miała na to ochotę:) Miała wyjątkowo rozwinięty instynkt łowiecki i obronny. Do moich ulubionych anegdot zalicza się historia o tym jak moja mama spacerowała z Herą w krakowskim Parku AWF i pod drzewem czaił się pan o niekoniecznie pozytywnych zamiarach. Do historii opowieści o dogach przeszedł tekst mojej mamy, wypowiedziany z prężącą się na smyczy Herą:"Większego trzeba, żeby ci odgryzł?":)


HERA Hałaburda

Po jakimś czasie Maryla Kołodziej spłatała nam psikusa - kolejny raz pokryła Whisky - i zaprosiła nas do siebie. Do dziś myślę , że było to zaplanowane działanie i że wiedziała jak skończy się nasza wycieczka;))) Na miejscu zobaczyłam małego żółtego szczeniaczka, który już po chwili wracał ze mną na kolanach do Krakowa i dosłownie po pięciu minutach podróży otrzymał imię Misza. Był to SERWIT Hałaburda. Tak oto stałyśmy się posiadaczkami pary dogów - Hery i Miszy. Nigdy wcześniej nie miałam doga płci męskiej i od momentu kiedy przywiozłyśmy Miszę wiedziałam, że zawsze tylko samce będą odpowiadać mi w 100% charakterem.


serwitintro

Po jakimś czasie, dzięki uprzejmości i pomocy Moniki Kuśmirek z hodowli Korona Borealis stałyśmy się właścicielkami dorosłej FANTAZJI Korona Borealis czyli Ledy. Leda pokazała mi jak bardzo niezależne potrafią być dogi, bardzo dobrze pasował do niej jej przydomek - od momentu kiedy stała się częścią naszego stada stała się też jego Królową w Koronie i każdy inny dog w stadzie był jej podległy. Była jednym z najpiękniejszych dogów, które widziałam.


FANTAZJA Korona Borealis

W międzyczasie Herę pokryłyśmy najpierw reproduktorem KATOO Allav Flodur - bardzo sympatycznym psem mieszkającym w Krakowie. Z tego krycia przyszedł na świat miot z kórego praktycznie wszystkie szczenięta był raz lub więcej razy wystawiane. Do tej pory utrzymujemy z właścicielami miotu S bardzo dobre stosunki, kilka suk dało początek nowym hodowlom (Stargradog, Z Marcyporęby...), a to co jest najważniejsze dla nas to fakt, że niedługo dogi z miotu S wejdą na wystawach w klasę weteranów!


MIOT S Jantarowa Saga

Do następnego krycia pojechałyśmy pod Warszawę do Ś.P Kasi Heybowicz, do jej pięknego reproduktora LUBCZYKA z Sosnowego Lasu. Z tego krycia urodziło się sześć szczeniąt w tym jedno brzydkie kaczątko, które od samego początku upatrzyłyśmy jako nasze serduszko czyli suczkę, która miała zostać w hodowli. Jako że miot był na literkę N na początku nazwałyśmy ją Nanuszka, potem zmieniłyśmy na bardziej dosadne NASZA HANUSZKA. Hanusia bardzo szybko zaczęła zdobywać na wystawach bardzo wysokie wyróżnienia i wszystko zapowiadało się wspaniale gdyby nie...zawirowania życiowe. Na kilka lat hodowla niestety musiała zejść na dalszy plan. W międzyczasie odeszły od nas Hera, Misza i Leda.... Została sama Hania i moja mama. Po drodze wielokrotnie przeprowadzałyśmy się ostatecznie lądując na 4 hektarowej działce (z tego 2 hektarowy wybieg dla dogów!:)) 60 km od Krakowa.


NASZA HANUSZKA Jantarowa Saga

W 2009 roku moja mama zadzwoniła do mnie z pomysłem do rozważenia - "Chcę mieć sukę po Hani i kontynuować naszą linię hodowlaną". Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Wybór padł na przepięknego Tuptusia, czyli FATUM Pangea, będącego w rękach Paulinki Roczniak z hodowli Pangea. Z tego skojarzenia przyszło na świat 8 dogów. Kryjąc Hanię Fatum miałyśmy plan - zostawiamy suczkę, dokupujemy samca....Urodziło nam się pięcioro rewelacyjnych samców. Psa miałyśmy już zarezerwowanego w hodowli Giga La Gothica...potrzebna była szybka zmiana planów. Postanowiłyśmy zostawić chłopaka od nas i podmienić rezerwację na suczkę. Żeby to było wszystko takie proste!:) Chłopaki zaczęły rosnąć i nie byłyśmy w stanie się zdecydować, którego wybrać...aż do momentu z jednej strony nieszczęśliwego a z drugiej szczęśliwego wypadku. Pewnego słonecznego popołudnia, kiedy szczenięta bawiły się na trawie nagle jeden z chłopaków stanął jak sparaliżowany. Od razu do niego podbiegłam, próbując zorientować się co się stało. Szczenię powoli przestawało reagować, przelatywał mi przez ręce, nie było z nim kontaktu. Byłam pewna, że to koniec...Była niestety niedziela i najbliższy rozsądny weterynarz znajdował się 60 km od nas. W samochodzie z ledwo oddychającym szczeniakiem na rękach powiedziałam jedną rzecz, którą zapamiętam do końca życia i z której się wywiązałam: "Jeżeli przeżyje, zostanie z nami". Na miejscu u weterynarza okazało się że dziecko ukąsiła pszczoła albo inne paskudztwo, dostał odtrutkę i szybko doszedł do siebie. Tak oto w naszej hodowli został Zoltan, czyli EGRI BIKAVER ("Bycza Krew") Jantarowa Saga, moje spełnienie marzeń o dożym, samczym charakterze.


EGRI BIKAVER Santarowa Saga

W międzyczasie z hodowli Giga La Gothica przywiozłyśmy ERNESTYNKĘ, która wspaniale wpasowała się w rodzeństwo z miotu E Jantarowa Saga, ze względu na praktycznie identyczny wiek. Długo szukałyśmy imienia dla Ernestynki, ze względów, których teraz nie jestem w stanie sobie przypomnieć, na początku nazwałyśmy ją Isztar , czyli dostała imię boginii wojny:)) Nic bardziej błędnego, Ernestynka okazała się najbardziej anielskim dogiem, którego posiadamy. Często powtarzam, że zamiast normalnego, okrągłego kształtu źrenic powinna mieć je w kształcie serc, wtedy jej oczy współgrałyby z całością.:))) Dlatego po pewnym czasie imię Isztar ewoluowało najpierw w Itusia, potem w Tusia.


ERNESTYNKA Giga La Gothica

Do całości brakuje mi w tym momencie jeszcze jednej dożej sztuki - największego łobuza w Jantarowej Sadze. Zapadła decyzja o zostawieniu Zoltana, przyjechała do nas Tusia ale wciąż domu nie mogła znaleźć jedna suczka - Elektra. Ilekroć przyjeżdżałam do mamy zachwycałam się jej głową i ogólną budową....aż mama dała się przekonać. Tak oto trzecim naszym dogiem z literką E w imieniu została Elektra czyli Tori. Torisia to jak już wcześniej wspomniałam łobuz, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Cały charakter odziedziczyła po babci Herze. Jest czuła kiedy chce, robi co chce, chadza własnymi ścieżkami. Jednak kiedy nadejdzie moment spokoju i ciszy w stadzie to właśnie ona przychodzi, żeby dac mi całuska, niby od niechcenia, ale wiem że najszczerszego jakiego może dać dog.



ELEKTRA Jantarowa Saga

Ciąg dalszy historii hodowli na pewno nastąpi. Życzyłabym sobie, żeby był to dopiero początek!:)